Zaznacz stronę

Radom – Końskie – Sielpia Mała

(1*)

(2*)

(3*)

(4*)

(5*)

(6*)

(7*)

(8*)

(9*)

(10*)

(11*)

(12*)

(13*)

(14*)

(15*)

(16*)

(17*)

(18*)

(20*)

Docieramy na Green Velo!

utworzone przez | Lip 12, 2018

Hej!

Jeśli nie macie czasu/ochoty na wczytywanie się w to całe wprowadzenie – co, po co, dlaczego – a jedynie ciekawi jesteście trasy to śmiało przewijajcie w dół i zacznijcie od zdjęć i opisów pod nimi 🙂 Dodatkowo chciałbym zaznaczyć, że nie znajdziecie tutaj za dużo architektury, zabytków itp. W większym stopniu skupiałem się na walorach przyrodniczych, na pięknie wsi oraz terenów z którymi graniczy lub współżyje. Oczywiście całkowicie nie porzuciłem walorów architektonicznych. Była to świadoma decyzja. Po pierwsze wyruszyłem w tą podróż przede wszystkim dlatego by uciec od miasta. Po drugie zdjęć miejscowości przez które prowadzi szlak znajdziecie pełno w sieci, na informatorach a nawet na mapach  🙂 

Dzisiaj ruszam z pewną eksperymentalną serią wpisów, które powinny pojawiać się dość regularnie (mam nadzieję, że uda mi się co tydzień wrzucać kolejny wpis). Co tu będę obwijał w bawełnę, przeżyłem ostatnio niesamowitą przygodę. Zaczęło się dość niewinnie ale z dużą werwą. A o co konkretnie chodzi? Ano zebrałem się w sobie by spełnić jedno ze swoich marzeń i ruszyłem rowerowym szlakiem Green Velo po Polsce 🙂  Będę starał się przedstawić wam całą trasę krok po kroku 🙂


Mój kierunek to: Końskie – Elbląg.

Decyzja by podążać w tą stronę przyszła sama z siebie dość wcześnie. Tereny Warmii oraz Mazur były dla mnie całkowicie obce. Bardzo chciałem je zwiedzić ponieważ nigdy w życiu nie wywiało mnie w tamte zakątki polski. Dlatego też pomyślałem, że gdy zacznę od części południowej, będę miał dużo większą motywację by dotrzeć do samego końca szlaku. Drugim powodem, który skłonił mnie do ruszenia w takim a nie innym kierunku, był fakt, że nie wiedziałem do końca jak kondycyjnie oraz fizycznie poradzę sobie z górzystym ukształtowaniem terenu charakterystycznym dla południowej części Polski. Od samego początku zapadła decyzja, że nie ścinam szlaku, tylko jadę przez Rzeszów i Przemyśl. Od początku też nie zakładałem, że na pewno uda mi się pokonać cały szlak za jednym razem – nie wiedziałem, czy poradzę sobie kondycyjnie z takim dystansem). Jak to zazwyczaj bywa wolałem na początek podjąć cięższe fragmenty szlaku a te lżejsze zostawić na potem (okazało się, że wcale nie do końca to tak wygląda 😛 ale o tym jeszcze będzie okazja się rozpisać).

Od początku.
Około stycznia 2018r wpadłem na pomysł by ruszyć w dłuższą podróż rowerem, z plecakiem, kuchenką turystyczną, namiotem. Mając na względzie fakt, że o wschodnim szlaku rowerowym wiedziałem już wcześniej, pomyślałem, że będzie to idealny pomysł na przemierzanie ojczyzny. Tak więc zarys trasy znam. W późniejszym czasie zacząłem walkę z wyznaczaniem trasy na mapach. Przy tak długiej wyprawie odradzam tak skrupulatnego podejścia – za dużo zmiennych by przewidzieć co będzie za 2 dni a co dopiero za 2 tygodnie. Nawierzchnia, ukształtowanie terenu, pogoda, nieprzewidziane sytuacje – to wszystko wpływa na czas w którym będziemy w stanie pokonać dany odcinek). Pierwszego oraz drugiego dnia skorzystałem z wyznaczonego wcześniej śladu nałożonego na mapę z nawigacją. Całkowicie mija się to z celem. Więcej gapiłem się w telefon sprawdzając czy na pewno dobrze jadę niż skupić się na pięknie otaczającej mnie przyrody.
Czas rozpisać co będzie mi potrzebne na taki wyjazd i zacząć kompletować potrzebny osprzęt. Z miesiąca na miesiąc zbierałem kolejne potrzebne rzeczy (myślę, że w niedalekiej przyszłości dokładniej opiszę co zabrałem ze sobą na planowany na około miesiąc wyjazd rowerowy – jeśli będzie to kogoś interesowało oczywiście).

11.06.2018 – Nadszedł upragniony i długo wyczekiwany moment wyjazdu! 🙂 Miałem nadzieję, że załatwię wszystkie potrzebne rzeczy wcześniej i z rana w poniedziałek wyruszę. Niestety plany pozmieniały się znacząco gdy okazało się, że zapomniałem kupić kilka pierdół, które będą mi potrzebne na wyjazd – niedziela niehandlowa pokrzyżowała dość mocno moje plany. Do tego przyznam, że czekałem na przesyłkę. Chodziło o torbę podsiodłową, która była szyta na zamówienie i wciąż szła pocztą. Dodatkowo musiałem odebrać rower z serwisu gdzie (dla spokoju ducha przed tak długą wyprawą) poprosiłem o przegląd 😛
Na koniec jeszcze szybko wyskoczyłem do sporej sieciówki po nową kamerę sportową mając na względzie jakość dokumentacji video z podróży 🙂
No i tak ziarnko do ziarnka i uzbierało się dość sporo spraw do załatwienia na dzień wyjazdu.

Ale najpierw muszę dotrzeć z Radomia na szlak Green Velo. Oczywiście najlepiej będzie zrobić to rowerem 😉 Jak się okazało, początek znajduje się całkiem niedaleko. Nie ma co wydawać kasy na bilety 😛
Przepakowałem niektóre rzeczy do torby podsiodłowej, pożegnałem się ze znajomymi, plecak na plecy i ruszyłem w trasę! NARESZCIE! Piękna pogoda – niezbyt gorąco, ale też i nie za zimno!
Spojrzałem na zegarek – dochodzi 16:00. Dość późno jak na start w drogę, którą zaplanowałem tego dnia na około 90km.
Myślę sobie: – i tak mam w końcu urlop. W każdej chwili mogę skręcić gdzie chcę, zatrzymać się w dowolnym miejscu. Mogę zrobić na co tylko mam ochotę. Odpaliłem na telefonie Mapę z naniesioną trasą, którą wcześniej przygotowałem! JAZDA!

(1*) Start z pełną werwą! Tego dnia trafiło mi się i słońce i deszcz i ciepło i zimno. Wydawało mi się, że doświadczyłem pełnego spektrum pogodowego na ten wyjazd. …wydawało mi się… 😛

(2*)Chwilowy przystanek pod drzewkiem by schować się przed przelotnym deszczykiem – teraz już wiem, że taki deszczyk to sama przyjemność. Prawdziwe deszcze dopiero nadejdą 😛

(3*)Jazda na rowerze pozwała uciec od miejskiego zgiełku. Już kilka kilometrów za miastem można natrafić na przepiękne wiejskie widoczki, które relaksują błękitem nieba oraz soczystą zielenią traw.

(4*)Wszechobecny spokój pozwala niezwykle się odprężyć. Przebijające się przez zielone korony drzew słupy światła nadają trawom dużo ciepła.

(5*)Mijając gęste zielenie trafiamy do miejsc gdzie warto chwilę się zatrzymać i odpocząć 🙂

(6*)W takie dni jak ten, gdy w każdej chwili może spaść deszcz warto ruszyć na wyprawę. Nawet jeśli troszkę popada to chmury, które piętrzą się chwilę przed/po tym zjawisku pozwalają na pstryknięcie kilku ciekawych zdjęć 🙂

(7*)Kolejny przepiękny widoczek charakterystyczny dla polskiej wsi. Jest kilka takich rzeczy, które kojarzą mi się z wolnością.  – nie wiem czemu ale to jest jedna z tych rzeczy 😛

(8*)Wydaje mi się, że jest to dość rzadko spotykany widok w tych rejonach.

(9*)Bardzo ciekawy budynek, niesamowity klimat. Może ktoś wie co to za cudeńko? 🙂 na żywo wygląda dużo ciekawiej 🙂

(10*)Takie miejsca zawsze działały na mnie kojąco.

(11*)Myślałem, że taka nawierzchnia nie nadaje się do jazdy. Nic bardziej mylnego. Są dużo dłuższe, dużo gorsze odcinki. A jak dodatkowo zacznie padać, wiać w oczy i trafi się pod górkę… tutaj jechało się naprawdę super 😉

(12*)Gdzieś na wsi przy (dawno) nie działającym sklepie.

(13*)Często zatrzymywałem się przy podobnych do tego miejscach pamięci. Zazwyczaj z ciekawości. Można naprawdę sporo się dowiedzieć o fragmentach historii danej miejscowości.

(14*)Chwila odpoczynku i oddechu dla mnie i moich pleców. Pierwszego dnia podróży byłem mocno wypoczęty, tak więc załadowany po brzegi plecak z podpiętym namiotem i kuchenką turystyczną w środku wcale mi nie przeszkadzał.

(15*)Zebrałem się z TurboChillowej miejscówki nad wodą i prześledziłem mapę, gdzie powinienem ruszyć dalej. Wjechałem między domki na dziwaczne skrzyżowanie dróg gdzie ruch samochodowy był zerowy. Szukam miejsca gdzie powinienem skręcić, ale za każdym razem mijam to miejsce. No nikomu na podwórko przecież nie mogę wjechać. Przejeżdżając czwary raz dopiero zorientowałem się, że między posesjami jest wąski pas nie ogrodzonej zieleni a na rogu stoi taki ^ drogowskaz. Ledwo co udało mi się dostrzec to miejsce. Na szczęście “Piekielny szlak” okazał się naprawdę niesamowity. Chyba najlepszy fragment trasy z tego dnia. Pełno zieleni, super przyjemna ścieżka zarośnięta trawą. Naprawdę niesamowite przeżycie – integracja z naturą 🙂 polecam każdemu! wydawać by się mogło, że niewiele osób uczęszcza tym szlakiem ponieważ był ładnie zazieleniony ale nie na tyle by pojawiły się problemy z przejazdem. Bardzo dobrze wspominam ten szlak mimo, że za długo nim nie jechałem.

(16*) Docieramy do Piły.
“Piła tango, czarna bandera”

(17*)Dzień zmierza ku końcowi. Nareszcie się udało! Dotarłem do Końskich!!! Tutaj zrobiłem delikatne zakupy i ruszyłem na poszukiwanie szlaku GV. Wiedziałem, że szlak jest już pod samym nosem a ze szlakiem zaczną się przygody 😀 Te mniejsze i większe składające się w jedną ogromną całość!

(18*) JEST I ON! Jeden z pierwszych znaków informujących o tym, że znajduję się na szlaku! idealny widok na zwieńczenie dnia 😀 Z nastaniem mroku wtargnąłem na szlak! Euforia mocno dała się we znaki. Teraz mógłbym jechać i jechać przed siebie. Lecz mrok nie pozwala dostrzec piękna kryjącego się dookoła. Trzeba chwilę się przespać i z rana ruszyć dalej. Chciałbym dotrzeć do zalewu w Sielpii by tam rozłożyć namiot nad wodą oraz zmajstrować jakąś kolację. Widziałem, że znajduje się tam jakieś pole namiotowe. Jeśli jest to obiekt otwarty całą dobę to rozkładam się w wyznaczonym miejscu. Kolacja i do świtu chwila na odpoczynek.

Po ciemku mój telefon już raczej nie radzi sobie ze zdjęciami. mgła wchodzi na łąki a fragmentami wylewa się z traw na ścieżkę rowerową. Już pierwszego dnia miałem przyjemność wypróbowania możliwości mojego oświetlenia rowerowego 🙂

(20*)Dotarłem na miejsce! Od jakiegoś czasu jest już całkiem ciemno. GPS prowadzi mnie w jakiś las wskazując tam pole namiotowe. Niestety nie widzę, żadnych budynków, ogrodzeń, światła. Możliwe, że to pole namiotowe nie istnieje? Za późno już, żeby się szlajać dookoła zalewu i szukać alternatywnego noclegu. Znalazłem odosobnione miejsce z dostępem do wody 🙂 Wiedziałem, że muszę unikać rozkładania namiotu po ciemku no ale teraz to już mogę ewentualnie sobie posmęcić pod nosem. Wziąłem się za rozkładanie namiotu. Na szczęście mam czołówkę 🙂 ustawiłem światło na delikatne czerwone by widzieć co robię ale nie zwracać na siebie zbytnio uwagi. W oddali na skraju lasu widzę co jakiś czas, że kręcą się ludzie z latarkami. Pewnie wędkarze – pomyślałem. namiot udało mi się poprawie rozłożyć dopiero za trzecim razem (wcześniej tylko raz go rozłożyłem u mamy na podwórku by sprawdzić czy są wszystkie części. Usytuowałem go obok wysokich traw przy brzegu zalewu natomiast w trawy za namiotem wrzuciłem rower który przywiązałem linką do namiotu tak by jego fragment  schowany był pod namiotem. Następnie przełożyłem U-lock’a przez koło i zamknąłem. rower delikatnie obrzuciłem trawami chwastami i inną zieleniną. Komary mocno dawały się we znaki. szybko spryskałem się preparatem odstraszającym owady. Ponieważ sporo robactwa lata przy wodzie i zbiera się dość szybko wilgoć wyjąłem niezbędne rzeczy do przygotowania kolacji i zamknąłem namiot. Usiadłem na jednym z pokrowców od przenośnego noclegu i zacząłem pichcić (już nie pamiętam co) na kuchence turystycznej. Z włączonym delikatnym czerwonym światłem na czole  mieszam w garnku spoglądając na telefon i sprawdzając co tam w świecie piszczy. Ten telefon w tym momencie zastępował mi kogoś znajomego, kogoś z kim można by porozmawiać. W pewnym momencie unosząc głowę znad telefonu mignęło mi jakieś światełko około metra za kuchenką. Pierwsze co mi przyszło do głowy to, że jakiś pet/niedopałek przeleciał nieopodal. W tym momencie się mocno przestraszyłem bo nie słyszałem nikogo w pobliżu. Rozkładałem się w takim miejscu gdzie w obrębie do 300m nikogo na pewno nie było. rozglądam się i nic nie widzę. Wstałem. Odruchem sprawdziłem czy w kieszeni nadal mam gaz pieprzowy. Włączyłem mocniejsze światło i wszystko się wyjaśniło. Lis poczuł jedzenie i podszedł od strony lasu. To jego oczy tak świeciły w ciemności. Poza oczami nie było nic więcej widać. Nie dało się również usłyszeć skradającego zwierzęcia mimo, że jedyny dźwięk jaki się rozchodził dookoła dobiegał od owadów oraz ptaków zamieszkujących tereny przy wodzie. Potem jeszcze dwa razy podszedł na dość niewielką odległość. Złapałem gaz pieprzowy na wszelki wypadek. Na szczęście udało mi się bez problemu zjeść i umyć naczynia. Ułożyłem się w namiocie i usnąłem – a właściwie czuwałem w półśnie z obawy o rower.

Za sobą mam około 90km. To był dobry dzień 🙂


(znaczniki na mapie określają miejsca w których zostało wykonane dane zdjęcie. Nie należy jednak brać kordów dosłownie i jako pewnik. Ze względu na niedoskonałość mojej nawigacji, która dość często się gubi proszę założyć kilka, kilkanaście, rzadziej kilkadziesiąt metrów rozbieżności)

cdn.