Zaznacz stronę
Z Rzeszowa na Wybrzeże =)

Z Rzeszowa na Wybrzeże =)

(1*)

(1*)

(2*)

(2*)

(3*)

(3*)

(4*)

(4*)

(5*)

(5*)

(6*)

(6*)

(7*)

(7*)

(8*)

(8*)

(9*)

(9*)

(10*)

(10*)

(11*)

(11*)

(12*)

(12*)

(13*)

(13*)

(14*)

(14*)

(15*)

(15*)

(16*)

(16*)

(17*)

(17*)

(18*)

(18*)

(19*)

(19*)

(20*)

(20*)

(21*)

(21*)

(22*)

(22*)

(23*)

(23*)

(24*)

(24*)

(25*)

(25*)

 

Hej!
Znowu po przerwie. Za oknem oficjalnie zima ale w powietrzu coraz częściej unosi się zapach wiosny! By ogrzać wam te jeszcze dość chłodne wieczory przygotowałem dla was kolejną dawkę wciąż gorących słonecznych zdjęć!

Dzień 6

NOWY PIĘKNY, SŁONECZNY DZIEŃ! Wyspałem się, szybko coś tam zjadłem, umyłem się i spakowałem. Rower schowany był w garażu. Gospodarz prosił mnie bym go tam zostawił ponieważ sporo obcokrajowców-pracowników tutaj mieszka i niestety zdarzyła się kiedyś sytuacja, że coś zniknęło. Już nie pamiętam co to było. Tak więc poprosiłem o udostępnienie garażu bym mógł odzyskać swój jednoślad. Wziąłem swój plecak i ruszyłem przed siebie. Najpierw cofnąłem się do pobliskiej “Żabki” (tej w której nie sprzedawali alkoholu) po coś do picia na drogę. Wróciłem w okolice pobliskiego zalewu – dobiegało stamtąd ostatniej nocy dużo śpiewów tak więc pomyślałem, że musi to być naprawdę ciekawe miejsce. Niestety nic tam ciekawego nie znalazłem. objechałem dookoła rozlewisko i ruszyłem w dalszą trasę.
Tego dnia pogoda sprawiła, że uśmiech nie znikał z twarzy pomimo wielu podjazdów i mocno zróżnicowanego terenu. Szybka ucieczka od cywilizacji pozwoliła na mocny odpoczynek psychiczny 🙂 czego chcieć więcej? Rower, przyroda, piękna pogoda – wolność!
Leśne szutrowe ścieżki – strome podjazdy ale również niesamowicie szybkie zjazdy! Po każdym podjeździe musi nastąpić zjazd 🙂 ta myśl mocno mnie napędzała i chciałem więcej! Cisza i spokój. Nikogo nie mijałem po drodze. Sam zatopiony w tej soczystej zieleni. Słońce co chwilę wyłaniało się zza kolejnej puszystej chmurki. Szum drzew, śpiew ptaków i żadnych odgłosów cywilizacji dookoła.

(1*) Pierwszy przystanek na kręcenie timelapse’a, piffko oraz napawanie się pięknem otaczającej przyrody.

(2*) Kapliczka mszalna na “Wilczku” – przepiękna drobna budowla w otulinie zieleni 🙂

(3*) Kolejne z uroczych zabudowań z dala od cywilizacji 🙂

(4*) Piękna pogoda i puszyste chmurki. Coraz wyższe podjazdy sprawiają, że widoki stają się jeszcze piękniejsze 🙂

(5*) “Kościół pw. św. Marcina w Błażowej” – przyjemna forma architektoniczna 🙂

(6*) Dla odmiany troszkę więcej asfaltu 🙂 szeroko, przyjemnie i bez ruchu. Czas się rozpędzić 😀 😉 😀

(7*) Wiem, że zdjęcie nie jest w stanie w pełni oddać tego niesamowitego klimatu, ale gdy spróbujecie sobie wyobrazić ten delikatny ciepły wiaterek, zapach trawy oraz wszechobecne cykanie świerszczy to może zrozumiecie czemu zostało popełnione to zdjęcie (oraz kilka następnych) 😛

(8*) Podróże <3

(9*) Jeden z podjazdów, który naprawdę dał w kość. Namęczyć się musiałem dość mocno z plecakiem na plecach ale te wspinaczki umilały takie oto rzeźby popełnione gdzieś na trasie 😉

(10*) A gdy już dotrzemy na górę taki oto widok ukoi nasze obolałe mięśnie 🙂 W tym miejscu łapiąc duże łyki powietrza natrafiłem na młode małżeństwo, które zmierzało w tą samą stronę na rowerach 🙂 Chwilkę porozmawialiśmy i ruszyliśmy dalej. Niestety tutaj wyszły moje braki kondycyjne 😛 Jeżdżąc wciąż po płaskich terenach w mazowieckim, nie udało mi się nabrać takiej kondycji by dorównać tempa tamtej dwójce wspaniałych ludzi 🙂 chwila moment zostałem w tyle …ale po co się spieszyć gdy widoki tak masują umysł 🙂

(11*) Kolejna panorama okraszona zapachem lata 🙂

(12*) Mały powrót do cywilizacji by uzupełnić zapasy wody 🙂

(13*) A oto jeden z najpiękniejszych przystanków w jakich miałem okazję przygotowywać sobie obiad 😀 zaraz za ostatnią miejscowością, pokonując dość szybko, przyjemny zjazd natrafiłem na MOR (Miejsce Obsługi Rowerów) a zaraz za nim sielankowe – niemalże bajeczne miejsce. W cieniu korony drzewa rozłożyłem się z kuchenką turystyczną a do obiadu przygrywał mi szum pobliskiej rzeki w której co rusz dla przyjemności można było się ochlapać wodą. Miałem wrażenie, że to miejsce błaga mnie bym tu został. Idealny teren na nocleg w namiocie 🙂 Niestety dzień niedawno się zaczął a przede mną jeszcze sporo trasy do pokonania na ten dzień. No szkooooda, że tam nie zostałem 😛

(14*) Kilka ujęć z pobliskiego zlotu samochodowego 🙂

(14*) Okazało się, że zaraz obok miejsca gdzie rozłożyłem się na obiad organizowany był zlot samochodowy Dynóvwka. Zrządzenie losu chciało, że załapałem się na coś nowego. To był mój pierwszy w życiu zlot samochodowy 🙂 ale patrząc po twarzach ludzi dookoła impreza była naprawdę konkretna! może kiedyś uda mi się tutaj zawitać dla samej imprezy 😉

(14*) Przyznam się, że zastanawiało mnie troszkę (podczas obiadu nad rzeczką) co na takim wygwizdowie robią młodzi ludzie w strojach kąpielowych z piwem w plastikowych kubeczkach 😛

(15*) Najbardziej wysunięte na południe mapy miejsce na głównym szlaku Green Velo. Od tej pory jechałem już w stronę morza 🙂
(ten znak po prawo daje wyraźnie do zrozumienia, że “w stronę morza” nie zawsze oznacza “z górki” 😛 )

(16*) Ten mówi – będzie radośnie 😀
Nie wiem czemu ale ten moment bardzo mocno zapadł mi w głowę. Pamiętam, że bardzo pozytywnie byłem wtedy nastawiony do całego wyjazdu i do tego, że jeszcze tyle przygód oraz kilometrów przede mną. Bardzo ciepłe wspomnienie 🙂

(17*) Mimo, że naprawdę szybko zjeżdżałem w dół i nie chciałem się zatrzymywać …musiałem – Cerkiew pw. św. Dymitra zrobiła na mnie ogromne wrażenie!

(18*) To nie koniec. Jadąc kawałek dalej natrafiłem na kolejny taki oto baśniowy widoczek. Zdjęcie nie oddaje tego piękna 😉
Kościół pw. NMP Królowej Polski oberwował z oddali całą okolicę.

(19*) Chwila przerwy i refleksji przy zachodzącym gdzieś za wzgórza słońcu. Gdzieś tam na trasie 🙂

(20*) WIĘCEJ KOLORÓW!!!!!!!!!

(21*) Małe przyjemności dają najwięcej radości. Ten most naprawdę mnie urzekł. Szerokość taka, że dwa rowery obok siebie by nie przejechały, a do tego z góry było widać olbrzymie ryby płynące korytem rzeki. Gdyby tylko nie te muchy 😛

(22*) Jadąc przed siebie widziałem, że dzień coraz szybciej zmierza ku końcowi a ja wciąż na trasie. Tylko czasami kogoś widywałem na podwórku koszącego trawę dookoła domostwa. Pytałem ludzi o nocleg, miałem nadzieję, że może ktoś zaproponuje bym się rozłożył z tyłu za stodołą z namiotem. Nic z tego. W jednym przypadku było już dość blisko, aaale… nie wyszło. Może za mało pewności siebie oraz przekonania było w moim głosie.
Dotarłem do miejscowości gdzie udało mi się znaleźć otwarty sklep w którym udało mi się zapłacić kartą, a co lepsze udało mi się wypłacić pieniążki. Bałem się, że mogę szukając noclegu zostać bez gotówki co mocno by mi utrudniło i tak już napiętą sytuację. Zakupiłem kilka piwek, kilka lodów na odstresowanie i przysiadłem w pobliskim parku. Niestety ani żywej duszy by zagadać. Pani w sklepie też nic konkretnego mi nie podpowiedziała tak więc usiadłem z telefonem przy przystanku autobusowym, otworzyłem butelkę, coś słodkiego i zacząłem szukać rozwiązań w telefonie. Po około 20 minutach podjechał samochód – zatrzymał się na przeciwko. W środku dwoje młodych ludzi. Chłopak prowadził a na siedzeniu pasażera siedziała dziewczyna.
Zapytali mnie czy nie potrzebuję pomocy ponieważ widzą, że siedzę tutaj od dłuższego czasu i czegoś intensywnie szukam w telefonie. Opowiedziałem o problemach ze znalezieniem miejsca do spania i po chwili otrzymałem odpowiedź – około 8 km w stronę zachodzącego słońca (zdjęcie powyżej) znajduje się pole namiotowe 🙂
Magiczną sentencją okazało się stwierdzenie pole namiotowe na Wybrzeżu. Przyznam, że zadziałało to na moją wyobraźnię dość mocno 🙂 Wybrzeże okazało się miejscowością usytuowaną nad brzegiem Sanu 🙂  Znajdowało się tam “dzikie” niestrzeżone pole namiotowe z ustawionymi wzdłuż brzegu stołami piknikowymi. Z oddali dochodziły dźwięki jakiejś dyskoteki, okrzyki ludzi i ogólny klimat imprezy. Nad brzegiem siedziało sporo osób, które odpoczywały przy piwie. Na szczęście jeden ze stołów był wolny. Oparłem rower, plecak położyłem na stole wyjąłem z niego piwo i zacząłem się rozglądać nad miejscem w którym mógłbym rozłożyć namiot tak by rower do czegoś przypiąć na noc.
(23*) Jednak ilość ludzi i świadomość, że w środku nocy będą tędy przechodzić “pielgrzymki” radosnych z upicia mieszkańców z niezliczoną ilością “ciekawych” pomysłów o których nad ranem mogą nie pamiętać, sprawiła, że zacząłem wątpić w atrakcyjność tego miejsca podczas noclegu w weekend. Pijąc piwo wykonałem telefon by poinformować bliskich, że nadal żyję 😛 – w tym samym czasie odwiedził mnie jeż, który błądził miedzy moimi nogami szukając pożywienia pod stołem piknikowym 🙂
Na telefonie znalazłem nocleg w niewielkiej odległości. Około 2 km przez las wzdłuż linii brzegu 🙂
Zadzwoniłem i udało mi się wynegocjować nocleg za 35zł 🙂 Było już ciemno tak więc trasa była przepiękna biorąc pod uwagę fakt, że niebo było dość czyste a w najbliższym otoczeniu nie było żadnych świateł.
(24*) Widoczek dość baśniowy 🙂 – na chwilę przed wjazdem do lasu.
Gdy dotarłem na miejsce byłem bardzo pozytywnie zaskoczony! Cały domek z piętrem tylko dla mnie! Zostałem bardzo ciepło przyjęty pomimo późnej godziny. Obok domku stały kolejne, które można było wynająć oraz pomieszczenia gospodarcze. Przed domkiem miałem ustawionego kamiennego grilla z przygotowanym drewnem na rozpałkę. Znalazło się również miejsce przeznaczone na ognisko. Do tego leżaki, hamak oraz wiele innych atrakcji dla starszych młodszych. Dookoła w powietrzu dryfowało pełno świetlików. Niczym błyszczący plankton zawieszony w głębokiej otchłani wody – niesamowity widok.
(25*) Domek bardzo dobrze wyposażony z przyjemną łazienką 🙂 nie można było się do niczego przyczepić. Otworzyłem piwo i wziąłem się za przygotowanie kolacji. Tym razem usmażyłem sobie sosik pomidorowy z kiełbasą, cebulką oraz czosnkiem a do tego wykorzystałem resztę makaronu, który od jakiegoś czasu tylko mi przeszkadzał oraz zajmował miejsce w plecaku. Z telefonu sączyła się muzyka a ja skakałem przy kuchence w kuchni popijając browar 🙂 Zjadłem, podpiąłem elektronikę do ładowania a sen przyszedł sam – dość szybko.

Około 200-300 metrów od domku znajdował się przesmyk między starymi działkami a drzewami. Tą ścieżką można było dotrzeć do brzegu Sanu. Tam natomiast znajdowały się drewniane ławeczki z pniaków oraz palenisko. Otoczenie szczelnie wypełniał kojący szum wody. Trawnik był przystrzyżony i zadbany – ale proszę o cierpliwość. Tam dotarłem dopiero na następny dzień. Opowiem o tym coś więcej w kolejnym wpisie 😉
cdn.

 

Przychojec – 3x Łomża – Rzeszów.

Przychojec – 3x Łomża – Rzeszów.

(1*)

(1*)

(2*)

(2*)

(3*)

(3*)

(4*)

(4*)

(5*)

(5*)

(6*)

(6*)

(7*)

(7*)

(8*)

(8*)

(9*)

(9*)

(10*)

(10*)

(11*)

(11*)

(12*)

(12*)

(13*)

(13*)

(14*)

(14*)

Hej!
No i dalej do regularności mi daleko.
Tym razem coroczny festiwal najgorszej z możliwych wersji anginy…
Męczarnia na najwyższym poziomie z brakiem snu oraz ze zniszczonym gardłem tak, że przełykanie śliny sprawiało ból, który zaciskał zęby. Najgorszemu wrogowi nie życzę! Na szczęście już wróciłem do żywych 🙂
Niestety dookoła sporo się dzieje, coraz więcej pracy, mniej czasu na opiekowanie się blogiem. Może troszkę mi brak motywacji? sam już nie wiem. W każdym razie wracam z kolejnym dniem 🙂

Dzień 5

Obudziłem się wypoczęty 🙂 Słonko już mocno świeciło (nareszcie znaczna poprawa pogodyyy!!!!) a ja zacząłem zbierać elektronikę oraz swoje ciuchy. Dostęp do łazienki miałem bezpośrednio ze swojego pokoju więc szybka prycha i dopakowanie reszty rzeczy.
Na śniadanie nie miałem tym razem nic ale pomyślałem, że nadrobię po drodze. Gdy wynurzyłem się z pokoju gospodyni zaprosiła mnie na świeżo zmieloną kawkę. Do kawy dostałem pieczywo, masełko oraz twaróg (Jeszcze raz najmocniej dziękuję za tak pyszne rarytasy!) Podczas porannej kawy dowiedziałem się, że gospodarze wybierają się dzisiaj na zakupy do miasta ale na miejscu akurat jest ich syn tak więc mogę na spokojnie się zebrać, nie muszę się spieszyć z wyjściem, ale zanim sobie pojadę to najpierw obiecana wycieczka w czasie po okolicznych dobrach. Ekspresowe zwiedzanie “mikroskansenu” niosło ze sobą niesamowity natłok atrakcji. Okazało się, że agroturystyka Pod Lipą uzyskała wiele wyróżnień oraz nagród. Regularnie przybywają tu autokary wycieczkowe z dzieciakami, które mogą obserwować jak kiedyś wyglądało życie w tych rejonach. By lepiej wczuć się w rolę najmłodsi mają do dyspozycji pomieszczenie wypełnione strojami w które mogą się przebrać. Stary (czynny) piec do wypiekania “chlebków” zapraszał do zabawy. Duuuuuuuża ilość zwierząt, zielnik, oraz sztuczna krowa na której można ćwiczyć dojenie – to tylko namiastka tego co możemy tam znaleźć! To co tam zobaczyłem było niesamowite ale czas gonił 🙁
(1*) Gdy planowałem tę wycieczkę postanowiłem, że muszę zabrać ze sobą jak najmniej rzeczy by odciążyć maksymalnie plecy. Na wyjazd w plecak spakowałem dwie pary krótkich spodenek sportowych. Jedne na siebie – drugie na zmianę. Niestety jedne z nich dość mocno rozerwałem w kroku 😛 z każdym mocniejszym ruchem spodnie pruły się coraz bardziej. Na szczęście z rana przypomniałem sobie o tym fakcie i udało mi się jeszcze wyprosić o nitkę oraz igłę. Usiadłem cierpliwie przed wyjazdem i zacząłem cerować olbrzymią dziurę w spodenkach. Po dłuższej chwili spodnie zostały “odratowane”. a ja mogłem zbierać się do wyjścia. W miedzy czasie gospodarze wyjechali do miasta. Przekazali mi klucz od drzwi wejściowych i poprosili bym zamknął dom oraz schował klucz w umówione wcześniej miejsce gdy już się zbiorę.  Dość mocno dawały o sobie znać wyrzuty sumienia. Już tak późna godzina a ja nadal jeszcze nie wyruszyłem. Szybko wrzuciłem plecak na plecy, wsiadłem na rower i jadę dalej przed siebie! po chwili dotarłem do Leżajska.

(2*) A jak Leżajsk to Leżajsk!
Postanowiłem, że jak już tutaj dotarłem to mimo strat w czasie postaram się chociaż objazdowo zwiedzić miasto.
(3*)

(3*) Tak też zrobiłem, przejechałem się na spokojnie po mieście rozglądając się dookoła niczym japoński turysta. Najbardziej urzekły mnie zadbane, stare, drewniane domostwa w których zachowały się oryginalne drewniane zdobienia. Niesamowity widok.
(4*) Naprawdę dużo tego typu budynków można tutaj znaleźć!
Rowerowa, ekspresowa przebieżka po rynku i trzeba wracać na szlak.

(5*) Niestety szlak znajduje się dość daleko, dlatego postanowiłem skrócić sobie trasę. Skróty Nie do końca okazały się dobrym pomysłem. Trafiłem na zapomniane bezdroża, które niemalże całkowicie zarosły/zdziczały. Jechać już się prawie nie da ale jeśli teraz zacznę wracać to już w ogóle zmarnuję ogrom czasu.  Troszkę na upartego licząc na odrobinę szczęścia brnąłem coraz dalej w gęstwiny. Powietrze stawało się coraz bardziej gorące i wilgotne. Upał dawał się mocno we znaki. Jeszcze niedawno marzyłem o odrobinie słońca a teraz to samo słońce mocno daje mi w kość. Woda się kończy. W pewnym momencie pojawił się przede mną zarys ścieżki, widać wygniecione ślady po kołach. Ruszam  nimi, droga się coraz bardziej klaruje. W pewnym momencie docieram na skrzyżowanie. Są to przecinające się ślady po (najprawdopodobniej) traktorach. Jedną drogą dojechałem ja a na prostopadłej oznaczony jest szlak GV! Dookoła nic tylko pola otoczone zarysem lasów gdzieś na widnokręgu. Wyjechałem z miasta. Niesamowite widoki. Ściągnąłem plecak i z radości otworzyłem piffko. Chwila odpoczynku. Pomyślałem, że wciąż się spieszę by wyrobić normę kilometrów na dany dzień, a dzisiaj i tak wyruszyłem mimo wszystko dość późno.(6*) Tutaj jest pięknie, z dala od miasta, cisza, spokój – czasami trzeba się zatrzymać i nacieszyć tym co chwilowe i zwiewne.
Spędziłem w tym miejscu około godziny a przez ten cały czas minęła mnie tylko jedna para niemieckich rowerzystów która również podążała szlakiem GV. Zebrałem się i ruszyłem dalej. W pobliskiej wsi znajdował się mały sklep przed którym stał stolik a dookoła niego lokalsi walczyli z upałem spijając piwo 🙂 Wyrzuciłem śmieci, które nazbierały mi się po drodze. Próbuję zlokalizować portfel i ku mojemu zdziwieniu nie ma go nigdzie na wierzchu. Jeszcze raz sprawdzam wszystkie kieszenie ale niestety go nigdzie nie widać. Może zaplątał się w ciuchy. Ale po wyciągnięciu wszystkiego z głównej komory plecaka dalej ani śladu portfela. W tym momencie budzi się myśl, że prawdopodobnie zostawiłem go gdzieś “Pod Lipą”. Dzwonię! Niestety tak jak się spodziewałem, gospodyni nie była w stanie sprawdzić czy nie ma tam gdzieś mojej zguby ponieważ jest w mieście na zakupach. eeeeeh, jak pech to pech. Myślę sobie, że co by nie było to i tak bym musiał się wrócić po pieniądze. Tak więc zrezygnowany spakowałem z powrotem wszystko do plecaka, wsiadłem na rower i jazda. Był to dość spory kawałek do przejechania a myśl, że za chwilę znowu będę musiał wracać się w to samo miejsce gdzie jestem teraz jeszcze mocniej mnie demotywowała. Dojechałem do leżajska (tym razem nie próbując się przebijać skrótami), przejechałem obrzeżem miasta i ruszyłem dalej niecałe 11km do miejsca w którym nocowałem. W momencie gdy dotarłem pod posesję okazało się, że właściciele wypakowują zakupy z samochodu. Zostawiłem rower na trawniku, wszedłem do domu, i zaczynam szukać. zaglądam wszędzie ale portfela nie widać. Przestraszony stanąłem w miejscu i zacząłem zastanawiać się gdzie ostatni raz widziałem zgubę. Analizuję krok po kroku co się wydarzyło. Nagle błysk w głowie. Nagły impuls. Przypomniałem sobie… Włożyłem portfel w kieszeń wktórej trzymałem informatory, mapy ipt. – To miejsce jest dużo łatwiej dostępne niż kieszeń w głównej komorze – pomyślałem wtedy. Zrobiło mi się strasznie głupio. Zmieszałem się a jednocześnie byłem na siebie niebywale wściekły! “Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”.  Świadomość tego, że mogłem tej całej sytuacji uniknąć nie dawała mi spokoju. Gospodyni zaprosiła mnie na jeszcze jedną kawę bym się uspokoił i przestał spieszyć bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Zgodziłem się – co miałem do stracenia? Kawa dobrze mi zrobi, przede wszystkim ochłonę!
Wsiadam na rower by znowu pokonać tą samą trasę! Po dłuższym czasie znowu mijałem sklep przy którym ostatnio nie byłem w stanie zlokalizować swoich pieniędzy. Wszedłem do środka, zrobiłem zakupy na obiad, kupiłem do tego jakieś piwo na odstresowanie spakowałem wszystko w plecak i ruszyłem przed siebie.

(7*) Starając się zrozumieć dlaczego akurat minie przytrafiła się tak niepotrzebna przygoda jechałem przed siebie szukając miejsca, gdzie mógłbym się posilić. Mimo tego, że kręciłem się w kółko (przez swoją głupotę) pogoda była naprawdę piękna.

(8*) Trafiłem w przepiękne miejsce w środku lasu. Piękna pogoda, eksplozja zieleni dookoła i obiad w takim niezwykle magicznym miejscu. Coś niezapomnianego.

(8*) Szybko zostało mi zrekompensowane całe zdenerwowanie.

(8*) Śpiew ptaków, obiad, brak zmartwień! Niesamowity stan 🙂

(9*) Na spokojnie skonsumowałem posiłek, umyłem naczynia, wywaliłem śmieci i nieśpiesznie zacząłem się zbierać do dalszej deogi. Słońce dawało się we znaki ale trasę mocno urozmaicały tego typu widoki 🙂 dookoła nie było właściwie żadnych zabudowań. Asfaltowa ulica i ten jeden budynek dookoła którego bujnie wzrastały trawy.

(10*) Łańcut! tyle dobrego słyszałem o tym miejscu! I nic dziwnego! Jest tam magicznie! Niezwykle zielono oraz kameralnie. Duże zmiany w wysokości terenu dały mi mocny wycisk! jakby mało było pecha na dzień dzisiejszy to gdy wspinałem się rowerem na kolejny podjazd w mieście zgubiłem okulary rowerowe… kolejne! ehh. Już dzisiaj chyba nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć 😛 Oczywiście do tego wszystkiego zgubiłem się w mieście.
Miejscowość naprawdę warta odwiedzenia, Zazdrościłem ludziom, którzy spacerowali ze zwierzakami po parku dookoła zamku, tym którzy mogli tam biegać na co dzień, jeździć rowerem! Kolejne miejsce do którego chciałbym wrócić na dłużej by spokojnie wszystko zwiedzić! 🙂

(11*) Niesamowite piękno wynikające z zachowania równowagi między architekturą a przyrodą powala na kolana. Jest to miejsce w centrum miasta, które (takie odniosłem wrażenie) pozwala mocno odpocząć od tej pogoni życia w centrum.

(11*) Perełki architektury 🙂

(12*) W centrum miasta okazało się, że ulice zakorkowane, a to za sprawą festynu, który odbywał się aktualnie na rynku. Ulice dookoła tego wydarzenia były pozamykane ale rowerem wszędzie człowiek się przeciśnie 🙂 troszkę krążyłem ale niestety ani muzyka ani klimat nie należał do moich ulubionych. Było dość wcześnie dlatego pewnie repertuar skupiony był raczej na najmłodszej publiczności z rodzicami 🙂
Zatrzymałem się, zerknąłem na GPS i określiłem kierunek w którym muszę podążać dalej.  Mimo, że wyjazd z miasta był dość przyjemny bo zmiany w wysokości terenu są znaczące i można było przyjemnie się rozpędzić, to za sprawą tych “przyjemności” nie raz się jeszcze zgubiłem 😛

(13*) Przypadkowe piękne widoki malujące się w oddali 🙂 ROZGLĄDAJCIE SIĘ! 🙂

(14*) Rzeszów! Niesamowity klimat! Niesamowite ścieżki rowerowe, piękne widoki,mnóstwo młodzieży. Wciąż coś się dzieje. Chyba mógłbym tu mieszkać 🙂

(14*) Ścieżka rowerowa wzdłuż rzeki bardzo mnie urzekła 🙂 Zanim znalazłem nocleg, zatrzymałem się tutaj. Miejsce warte przerwania pogoni za kilometrami. Zjadłem, wypiłem coś dobrego 🙂 odetchnąłem, odpocząłem, naładowałem baterie.

Nadciągał mrok, znalazłem tanie noclegi pracownicze. Niestety miejsce w którym miałem nocleg znajdowało się na samych peryferiach miasta. W biegu na mapie nie wyglądało to na tak odległe miejsce jednak przede mną jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Miałem plan by wziąć prysznic i wrócić w to magiczne miejsce nad rzekę już na piechotkę by wieczorem móc sobie pozwolić na coś mocniejszego 😛 Niestety… za mało czasu, za duża odległość.
Prysznic, ciuchy i gdzieś jeszcze trzeba się ruszyć! Postanowiłem zrobić sobie spacer do sklepu (około 3 km w jedną stronę) kupić piffko i wrócić.
Tak też zrobiłem. Niestety, w tym sklepie nie mieli koncesji 😛 Zrobiłem zakupy na kolację i ruszyłem dalej.
Kolejna była żabka oddalona o 2 km. JEST! WIDZĘ JĄ! …niestety właśnie ją zamknęli 🙁 czynna tylko do 22:00
Zaglądam w google maps i widzę, że kolejny sklep czynny do 23:00 znajduje się kilometr dalej. Jeden kilometr w tę czy w drugą stronę w tym momencie nie robi mi już dużej różnicy. Jestem już tak daleko! Nie zrezygnuję teraz. Droga była całkiem przyjemna. Mimo, że wzdłuż ulicy, to ruch był niewielki. Bez wysokich zabudowań, przyjemny ciepły półmrok, jedynie co jakiś czas pojawiały się domki usytuowane bliżej lub dalej jezdni. Taka wycieczka w butach rowerowych, po całym dniu na rowerze daje naprawdę w kość 🙂 Przed sklepem pełno studentów! Widać, że to jedyny czynny sklep w okolicy. W kolejce stałem kilkanaście minut ale nie dłużyło mi się. Dookoła pijane humory 🙂 nie dało się nudzić.
UDAŁO SIĘ! kupiłem 3 piwa (jedno to, po, które wyszedłem – drugie w nagrodę za wieczorny srogi wycisk na spacerze – trzecie na drogę powrotną.
Gdy dotarłem do pokoju byłem wyssany z energii. Otworzyłem trzecie piwo, i zacząłem zapisywać w telefonicznym notatniku skróty myślowe ze wspomnieniami z całego dnia. Usuwanie zbędnych oraz poruszonych zdjęć z telefonu… sen…

cdn.

Na rozstaju dróg. Sandomierz – Przychojec

Na rozstaju dróg. Sandomierz – Przychojec

(1*)

(1*)

(2*)

(2*)

(3*)

(3*)

(4*)

(4*)

(5*)

(5*)

(6*)

(6*)

(7*)

(7*)

(8*)

(8*)

(9*)

(9*)

(10*)

(10*)

(11*)

(11*)

(12*)

(12*)

(13*)

(13*)

(14*)

(14*)

(15*)

(15*)

(16*)

(16*)

Hej!
No dobra, za mną kolejny wypoczynek. Tym razem Bieszczady 😀
Ale czas na powrót do rzeczywistości. Wypadało by na nowo złapać odpowiedni rytm pracy.

Dzień 4

Ten dzień okazał się dniem wyboru! Albo ryzykuję (nigdy wcześniej tak długiej trasy nie obrałem) i jadę dłuższą trasą po mocnno zróżnicowanym terenie w południową stronę polski… albo ruszam dalej w stronę wschodniej granicy a górzysty teren nadrobię przy innej wyprawie. Chwilę stałem i dumałem ale chyba podświadomie od początku wiedziałem, że  w tym przypadku nie ma miejsca na kompromisy. Jest to wyzwanie zarówno dla mnie jak i dla mojego roweru.
– To była zajebiście ważna i zarazem doooooooobra decyzja 😉

Dzisiaj spałem jak bobasek.
Obudziłem się dość wcześnie. Na korytarzu znajdowała się wspólna kuchnia. Ktoś z rana przygotowywał sobie śniadanie oraz kawę i nie robił tego zbyt dyskretnie. Rozmowy, obijające się garnki oraz trzaskanie drzwiami było dość uporczywe. Jednak pomyślałem, że trzeba wstawać jak najszybciej a to był po prostu dobry budzik. Dodatkowo trzeba brać pod uwagę, że szukając taniego noclegu trzeba iść na pewne kompromisy. Spotkałem na swojej drodze sporo opowieści o ludziach, którzy szukając noclegu za (przykładowo) 30zł oczekiwali udogodnień na najwyższym poziomie i a wszystko dookoła im przeszkadzało. Ja raczej nie jestem konfliktową osobą, mało rzeczy jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi a dodatkowo lubię poznawać nowych ludzi dlatego też takie miejsca wcale mi nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie – bardzo dobrze i swobodnie się w nich czuję.
Gdy rozejrzałem się dookoła okazało się, że niestety nie wszystko podpiąłem do ładowania – mało ładowarek, dużo do ładowania. Miałem dokonać zamiany w nocy ale za mocno spałem. Nic już nie poradzę. Poskładałem swoje rzeczy, poczekałem aż łazienka się zwolni. poszedłem się umyć. Czas na śniadanie! Z dnia poprzedniego został mi słoik z jakimś gotowym daniem. Nie chcąc wozić ze sobą dodatkowego obciążenia postanowiłem zjeść zawartość na śniadanie 🙂
(1*) Już nie pamiętam co to za danie ale mocno się posiliłem i ruszyłem w dalszą drogę.

(2*) Tego dnia deszcz dawał się delikatnie we znaki. Nie był on na tyle obfity by pokrzyżować plany ale jednak coś tam siąpiło więc kurtkę na sobie wypadało mieć. Z jednej strony chciałem ją zdjąć bo jednak tylko mżyło a z drugiej nie chciałem przemoknąć podczas szybkiej jazdy. Ciężko określić słowami ten dziwny stan na pograniczu komfortu.
W mieście nieopodal noclegu znalazłem jeden z tych średniej wielkości marketów, które świecąc na żółto, mocno zarażają wszelkie miejscowości w Polsce swoją nadmierną obecnością. Przypiąłem U-lock’iem rower do tablicy z promocjami przed wejściem i wskoczyłem z całym dobytkiem na plecach do środka. Myślałem, że szybko uzupełnię zapasy i robię wypad z miasta. Ale nie ma tak łatwo 😛 W środku spotkałem sporo życzliwych ludzi, których mocno zainteresował mój wypchany plecak. Niektórzy wypytywali skąd jestem i dokąd zmierzam, Inni wspominali młodzieńcze lata w harcerstwie patrząc na na to jak jestem opakowany wszystkim dookoła. Pogawędziłem troszkę przy kasach, trochę przed marketem. Ciepło żegnając się ze wszystkimi ruszyłem w stronę centrum.
Jadę patrząc ze skupieniem pod koła by w tym natłoku aut nie wykonać fałszywego ruchu. Mijam zielony park/skwer, aż tu nagle pojawia się przede mną podjazd. Patrzę w górę a tam moim oczom ukazuje się przepiękna Brama Opatowska. Powolutku podjechałem pod górę i przejechałem na drugą stronę magicznej bramy a nad moją głową ukazała się niesamowita rzeźba kroczącego Flisaka po linie. Autorem pracy jest Jerzy Jotka Kędziora.

(3*) Pomyślałem, że skoro już tu jestem to czemu by nie pokręcić się po zakamarkach. No i natrafiłem na ciekawy punkt widokowy 🙂

(4*) Znalazłem podziemną Trasę Turystyczną. Przyznaje się bez bicia, że nie miałem o niej pojęcia. Niestety nie udało mi się tam wtargnąć 😛

(5*) Ten budynek prześladował mnie odkąd wjechałem na szlak Green Velo. Zdjęcie w dużo bardziej przyjaznych warunkach atmosferycznych znajduje się chyba na każdej tablicy informacyjnej przy MOR’ach. Wiesz co to za budynek? 🙂

(6*) A zjeżdżając ulicami po drugiej stronie rynku można napotkać naprawdę ciekawe widoki… 🙂

(7*) …oraz takie perełki w centrum miasta 🙂 Pustostany zawsze mnie bardzo interesowały. Mają w sobie jakąś magię przeszłości.

(8*) Pierwszy Green Velo’wy “pomnik” który napotkałem na trasie! Naprawdę super inicjatywa 🙂  Sczególnie dla mnie te działania w przestrzeni miały wtedy specjalne znaczenie. Gdy jedzie się całą trasę od początku do końca i ma się tą świadomość ile już się przejechało a ile jeszcze zostało to naprawdę dodaje energii. Te pomniki są takimi swojego rodzaju Punktami Kontrolnymi 🙂 W tym miejscu zaraz po zrobieniu tego zdjęcia spotkałem Parę z Rosji, która rowerami z sakwami przemierzała polskie miasta 🙂 chwilę porozmawialiśmy, pstryknąłem im fotę pamiątkową i ruszyłem dalej 🙂

(9*) Mimo, że pogoda cały czas była kapryśna to “okołomiasteczkowy” StreetArt mocno poprawiał humor 😀 😀 😀 Takich perełek było dość sporo po drodze ;D hahaha

(10*) A oto jedno z moich marzeń. Dorwać w swoje ręce jeden z takich niesamowicie klimatycznych, przepięknych domów i móc go powoli odrestaurowywać. Następnie otworzyć agroturystykę i na każdym kroku poznawać nowych ludzi 😀 😀 😀

(11*) Niesamowicie zadbany okaz 😀 byłem pod wrażeniem! Piękny widok 🙂

(12*) Po raz pierwszy widziałem na własne oczy jak wygląda rozbiórka starego mostu 🙂 Głoooooośne przeżycie 🙂

(13*) Przerwa na posiłek!!! Dzień w dzień starałem się zmusić by upichcić coś po swojemu. Niestety brak miejsca w plecaku, ciężar zakupów oraz brak czasu spowodował, że gotować zdarzyło mi się tylko kilka razy przed snem. Rzeczywistość szybko zweryfikowała poprzednie plany. Na obiad (jeśli tak to można nazwać) zazwyczaj kupowałem gotowe dania w słoikach i bułeczkę do tego 🙂 Tyle różnych rodzajów jedzenia tego typu jest, że nie zdążyło mi się to przejeść przez cały wypad.

(14*) i kolejna pamiątkowa fota przy Witaczu Green Velo 🙂

(15*) Powoli docieramy do końcówki trasy na ten dzień. Czas zacząć szukać jakiegoś lokum do spania. Telefon, internet i szukamy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że najszybszym sposobem na uzyskanie rzetelnych informacji na ten temat jest dojechanie do centrum danej mieściny czy wsi i wypytanie miejscowych o najtańszy/najciekawszy nocleg. Sporo czasu traciłem na poszukiwania w internecie ofert. Sporo z nich wyglądało zachęcająco (np: najtańsze pokoje w mieście) a gdy dzwoniłem okazywało się, że mój pobyt od godziny 20:00 do 7:00 rano kosztował by mnie 80zł.  Nigdy nie wiedziałem dokąd tak właściwie uda mi się danego dnia dojechać. Wpływało na to za dużo zmiennych: rodzaj nawierzchni, pogoda, ilość ciekawych miejsc. Tych przyrodniczych (przede wszystkim punktów widokowych) jak i architektonicznych no i ludzie z którymi nawiążę kontakt po drodze. Czasami trasa mierzyła 70km a czasem 130km. Dlatego w pewnym momencie przestałem szukać informacji o noclegach w telefonie a zacząłem te informacje uzyskiwać od lokalsów 🙂 Dużo przyjemniejszy sposób 🙂

Zatrzymując się przy najbliższym sklepie zauważyłem, że obok wejścia stoi kilku mężczyzn w różnym wieku. Prowadząc ożywione rozmowy, mocno gestykulowali i popijali różnego rodzaju trunki 😉 Wszedłem do sklepu, kupiłem małe co nieco, usiadłem obok na krawężniku i otworzyłem zakupione pyszności. Rozmowa zaczęła się szybciej niż mogło mi się wydawać. Zaczęły się sypać pytania skąd jestem, gdzie chcę dotrzeć itp itd. Nim się obejrzałem zaczęło się robić późno. Tłumaczę się, że muszę zmykać dalej bo szukam jakiegoś noclegu. Kilka opcji znalazłem w internecie ale to jeszcze kawał drogi. Po chwili już miałem wyłożone jak na ręce info o najbliższych noclegach. Kto zdziera a kto przyjmuje całe wycieczki 🙂 haha.
Po chwili wszyscy gdzieś poznikali. Ja kończyłem piwo a z całego tłumu został tylko jeden człowiek. Okazał się bardzo rozmowny, bardzo pomocny i gdyby mógł to by podzielił się wszystkim czym tylko jest w stanie. Zaproponował mi, że zamiast płacić obcym ludziom kasę za nocleg to mogę sobie u niego na podwórku rozłożyć namiot. Jeśli boję się deszczu to mogę przespać się w stolarni.

Tym dobrym człowiekiem jest Pan Stanisław – inaczej Stani 😀
Stani oprowadził mnie po podwórku. Pokazał swoją stolarnię i oprowadził po wnętrzu. Schowałem do środka rower oraz plecak z obawy przed nocnymi deszczami. Następnie poleciałem do sklepu po jakieś integracyjne 0,5 i coś na ząb do przegryzienia. Gdy wróciłem zasiedliśmy w domu do stołu a z każdym kieliszkiem robiło się coraz zabawniej.
Usłyszałem naprawdę niesamowite historie z życia Staniego.
Opowiedział mi o swoich latach świetności gdy warsztat stolarski hulał na pełnych obrotach. O tym jak wszyscy z okolicznych miejscowości ustawiali się w kolejkach do niego. O kobiecie, którą zostawił w kraju by zarabiać za granicą. O kobiecie, która pojawiła się na emigracji i sporych komplikacjach z tym związanych. O pojawieniu się dużych firm meblarskich, które skutecznie zabrały mu większość klientów oraz mocno utrudniły pracę warsztatu. Dużo duuuużo opowiadania 🙂 Mimo wielu przykrości, utraconych chwil oraz bliskich osób, których bardzo żałował, Stani starał się szukać dobra w całej obecnej sytuacji. Nikogo dookoła nie obwiniał za to co się teraz dzieje. Widać było, że tęskni za rodziną i chciałby na nowo poprawić zaniedbane kontakty. Myślę, że potrzebuję tylko jakiegoś bodźca by dalej ruszyć z miejsca.

Zrobiło się dość ciemno i późno a ja zapomniałem, że nie mam już ciuchów na przebranie – wszystko brudne! Na podjęcie decyzji by jednak znaleźć nocleg mocny wpływ miał również fakt ze ostatniej nocy przypomniałem sobie jak to jest się dobrze wyspać w łóżku i chyba troszkę mi tego brakowało. No a do tego wszystkiego mocno rozładowana elektronika oraz moje soczewki z brakiem dostępu do wody.

Było mi bardzo głupio uciekać tak nagle. Ale dobrych wspomnień i niesamowitych opowieści nikt mi nie zabierze 🙂 Złapałem rower, wrzuciłem plecak na plecy, zadzwoniłem do pobliskiej agroturystyki “Pod Lipą” i dogadałem super dogodną cenę jak na tak super warunki.

(16*) Pani gospodyni bardzo ciepło mnie przyjęła. Pokazała gdzie mogę się rozłożyć i zaprosiła na świeżo zmieloną (w starym ręcznym młynku) kawę. Usiedliśmy z tą nieziemsko aromatyczną kawą przy stole. Mnie już nie trzeba było namawiać do rozmowy po wcześniejszych % 😛 Rozmawiało się bardzo przyjemnie. Zostałem poczęstowany pieczywem a do niego dostałem własnej roboty masełko, biały serek oraz smalczyk z ziołami. Królewski poczęstunek 🙂

(16*) Przepiękne meble, niesamowity wystrój oraz jedyny w swoim rodzaju klimat!!! 🙂

(16*) Zioła z pobliskiego ogródka 🙂 Miałem również przyjemność pomagać przy przygotowaniu galarety.

(16*) Tutaj już nie było kompromisów 😛 nawet zbyt krótki kabel nie był przeszkodą.
Dużo się dowiedziałem o owej agroturystyce (właściwie to można powiedzieć, że jest to prywatny skansen). Ale to co zobaczyłem tutaj na drugi dzień gdy słońce pozwoliło na zwiedzanie… haha niespodzianek ciąg dalszy 😀

cdn…

Szybkie wąwozy i leniwe sady! Borków – Sandomierz

Szybkie wąwozy i leniwe sady! Borków – Sandomierz

(1*)

(1*)

(2*)

(2*)

(3*)

(3*)

(4*)

(4*)

(5*)

(5*)

(6*)

(6*)

(7*)

(7*)

(8*)

(8*)

(9*)

(9*)

(10*)

(10*)

(11*)

(11*)

(12*)

(12*)

(13*)

(13*)

(14*)

(14*)

(15*)

(15*)

(16*)

(16*)

(17*)

(17*)

(18*)

(18*)

(19*)

(19*)

(20*)

(20*)

(21*)

(21*)

Hej!
Po dość długiej przerwie spowodowanej festiwalowymi wojażami oraz dość ciężkim upadkiem na kość ogonową rzeczywistości wracam z nowym wpisem! Obiecuję, że dołożę więcej starań by wpisy pojawiały się regularnie 🙂

Dzień 3

Tej nocy sen również nie był łaskawy ale zmęczenia przez dzień nie czułem – euforia wciąż na wysooookim poziomie. Do momentu w ,którym słychać było trzask palącego się ogniska przy namiocie a we krwi krążyła delikatna ilość alkoholu spało się naprawdę przyjemnie. Jednak gdy przebudziłem się po 3:00 uczucie niepokoju a właściwie strachu o rower wróciło. Dość płytki “sen” do świtu. Gdy się rozjaśniło uspokoiłem się i dość mocno przysnąłem.
Obudził mnie szelest obecności człowieka w pobliżu oraz skrzypienie kół. Otworzyłem oczy i wpadłem w panikę będąc jeszcze mocno zamroczonym snem. Wszystko miało miejsce kilkanaście minut po godzinie 5:00. Od razu pomyślałem, że to dźwięk kół od mojego roweru. Ktoś już go dawno wyciągnął zza namiotu a ja dopiero teraz się zorientowałem.  Krzyknąłem i szybko wyjrzałem z namiotu. Na szczęście okazało się, że to wędkarz, który rozbił się obok a ze sobą miał dość leciwą torbę na kółkach w której trzymał sprzęt wędkarski. Kamień spadł mi z serca a za razem zrobiło mi się dość głupio z powodu mojej dość dziwnej reakcji. Na szczęście po kilku sekundach udało mi się złapać kontakt z wędkarzem.

(1*) Zacząłem składać swoje rzeczy w namiocie i pakować powoli do plecaka. W międzyczasie umyłem twarz oraz ręce i założyłem soczewki wciąż rozmawiając na coraz to nowsze tematy. Z każdą chwilą rozmowa stawała się coraz bardziej luźna. W ogóle zanikła gdzieś bariera wiekowa. Po chwili – ku mojemu zdziwieniu – okazało się, że wędkarz również pochodzi z Radomia (jaki ten świat mały). Poruszyliśmy dość sporo ciekawych kwestii. Wytłumaczyłem skąd moja dość raptowna reakcja po przebudzeniu. Maskowanie roweru okazało się na tyle dobre, że do momentu w którym nie zacząłem opowiadać o tym, że dotarłem tu na dwóch kółkach Pan Krzysio nie zorientował się, że jestem tu z rowerem 🙂  W międzyczasie Pan Krzysio przypilnował mi rzeczy, namiot suszył się z porannej rosy a ja poszedłem popływać w zalewie i przeprać przepocone ciuchy z poprzedniego dnia.

(2*) Śniadanie, mycie zębów, i składanie wszystkiego do wyjazdu. Usłyszałem tyle ciekawych historii, że zapomniałem, że trzeba ruszać dalej w drogę. Koło 11:00 wyjechałem. Od rana słonko pięknie świeciło na czystym niebie, tak podczas wyjazdu niebo zrobiło się szare i słońce zniknęło gdzieś za chmurami rozsianymi po całym niebie. Bałem się by nie zaczęło padać ale w głębi duszy cieszyłem się, że nie będzie prażyć podczas jazdy.

(3*) Zaraz obok miejsca w którym się rozłożyłem znajdowała się dość spora plaża z molo. Na szczęście o tak wczesnej godzinie nie było tam nikogo. Cała plaża dla mnie 🙂

(4*) Droga tego dnia zaczęła się dość wdzięcznie – idealny asfalt przez pachnący las

(5*) Im dalej tym gęściej a ścieżka rowerowa zrobiła się na tyle wąska, że auta tamtędy nie jeździły. Przynajmniej ja nie spotkałem żadnego.
(6*) Droga prowadziła naprawdę głęboko w las a im dalej tym bardziej dało się wyczuć zapach poziomek których było mnóstwo. Wszystkie pochowane pod liściami, wystarczyło się schylić i nie wiadomo było skąd zacząć zrywanie 🙂 Okazało się, że kilka kroków w głąb rosło również mnóstwo jagód! Las smacznie wynagrodził mi wysiłek 🙂

(7*) Las jest tak niesamowicie urokliwym i magicznym miejscem, że nigdy się nie nudzi. Wystarczy rozejrzeć się by znaleźć przepiękne miejsca 🙂

(8*) Mimo szarego nieba kwiaty świeciły pośród olbrzymich łąk rozpościerających się dookoła.

(9*) Na wyludniających się wsiach takie widoki są na porządku dziennym. Natura 1:0 Człowiek 🙂

 (10*) Jak widać fanów piłki kopanej znajdziemy w każdym nawet najbardziej zapomnianym zakątku świata. haha

(11*) Widok na kościółek z jednego z przydrożnych MOR’ów
Pamiętam, że w tym miejscu soczewki zaczęły mi naprawdę mocno doskwierać. Wiatr wciąż dął w twarz i mimo okularów rowerowych soczewki wyschły mi dość mocno i zaczęły doskwierać. Tak więc chwila przerwy, coś na ząb, oczy niech odpoczną od soczewek i ruszamy dalej 🙂

(12*) Fontanna na Placu Wolności w Rakowie. Nazwa miejscowości zobowiązuje 😛

(13*) Kręte, ciche, nieuczęszczane drogi otoczone gęstą soczystą zielenią przyrody. Obrazki niczym z bajki. Uwielbiam 🙂

(14*) Kolejny bajeczny widok. Szkoda tylko, że prosty aparat nie jest w stanie oddać całości klimatu, który panował w tamtym momencie.

(15*) W sylwestra odwiedziliśmy to miejsce z przyjaciółmi 🙂 Miejscowość na zdjęciu nazywa się Iwaniska. Nieopodal mieliśmy wynajęty domek i robiąc sobie małą wycieczkę pieszą na zamek Krzyżtopór zahaczyliśmy o tutejszy rynek.  Tutaj po raz pierwszy  zobaczyłem na żywo oznakowanie szlaku Green Velo. Wtedy wiedziałem już, że muszę to zrobić – przejechać ten szlak w całości 😀

(16*) Jest i on! Zamek Krzyżtopór w miejscowości Ujazd. Polecam wszystkim! Niesamowity widok, niesamowite przeżycia. Po raz pierwszy podziwiałem go zimną. W okresie letnim widoki są jeszcze piękniejsze 🙂




Wiele różnych ujęć na ten sam obiekt. Wiem, że w zestawieniu są niespójne – każde inne, mimo że podobne. Uwielbiam ten obiekt i nie mogłem się zdecydować 🙂
Tutaj właśnie zaczyna się moim zdaniem najpiękniejszy odcinek Świętokrzyskiego Green Velo. Jest to odcinek trasy, który bardzo mocno wrył się w moją świadomość za sprawą swojego niepowtarzalnego klimatu! Oddalając się od ruin zamku  wjeżdżamy w bardzo ciekawe miejsca.

(17*) Zaczyna się dość mocno zróżnicowany pod względem wysokości teren a wraz z nim wąwozy. Bardzo szybkie odcinki w wąwozach dają dużo adrenaliny. Nie wiadomo czy za kolejnym zakrętem nie pojawi się naglę z naprzeciwka jadący traktor bądź auto. z lewej i prawej strony wystają korzenie, osuwający się teren. Drzewa zaczynają rosnąć gdzieś wysoko nad głowami. Przepiękne miejsca, lecz naprawdę szkoda było mi się zatrzymywać i psuć tą chwilę by pstrykać zdjęcia (dlatego też tak ich niewiele z tych odcinków). (17*) Sporo podjazdów i to dość stromych ale jak to wiadomo za każdym podjazdem musi znajdować się zjazd 😀 i te zjazdy rekompensują cały trud włożony w przebycie tej trasy. (18*) Z czasem teren powoli się wyrównuje, staje się coraz bardziej płaski. im bliżej Sandomierza tym spokojniej.

(19*) Po wielkiej ilości dość wymagających (jak dla mnie) podjazdów gdy teren zaczął się już uspokajać docieram do drogi asfaltowej nadającej się do całkowitej wymiany i nagle pojawia się ten znak. Łezzy napływają do oczy z bezradności ale trzeba ruszać dalej 😛 haha

(20*) I tutaj zaczyna się kolejna niesamowicie przyjemna część tejże trasy. Zasadniczo płaskie tereny asfaltowo szutrowe między olbrzymimi połaciami drzewek owocowych. Wszechobecne sady a po środku nich szlak rowerowy. Przepiękne widoki, bardzo chill’ujący klimat. Po tych wszystkich wariactwach takie wyciszenie przed snem bardzo fajnie robi. Można się rozmarzyć 🙂
długa trasa zwieńczona jest wjazdem do Sandomierza.(21*) Tutaj znalazłem tani nocleg nad Pizzerią. Rozłożyłem swoje rzeczy. Wreszcie podpiąłem wszystkie urządzenia do ładowania.

(21*) Prysznic, piwo i pseudo-kolacja przed snem. To był ciężki ale i niezwykle inspirujący dzień 🙂 Oczy tak mi się kleiły i sen pukał do resztek świadomości, że nie miałem nawet siły zapisać na spokojnie przemyśleń z całego dnia w notatkach. Jedno jest pewne. Tej trasy nie zapomniałem pomimo kilkunastu setek kolejnych kilometrów.
czas na sen. dobranoc…

cdn.

Mało słońca, Dużo euforii. Sielpia – Borków

Mało słońca, Dużo euforii. Sielpia – Borków

(1*)

(1*)

(2*)

(2*)

(3*)

(3*)

(4*)

(4*)

(5*)

(5*)

(6*)

(6*)

(7*)

(7*)

(8*)

(8*)

(9*)

(9*)

(10*)

(10*)

(11*)

(11*)

(12*)

(12*)

(13*)

(13*)

(14*)

(14*)

(15*)

(15*)

(16*)

(16*)

(17*)

(17*)

(18*)

(18*)

(19*)

(19*)

(20*)

(20*)

Dzień 2

…spałem dość płytko. Nie wiem czy do końca można ten stan nazwać snem – raczej było to czuwanie.
Mimo, że rower przywiązany był do namiotu oraz dość mocno ukryty wciąż się o niego bałem. Każdy szmer od razu mnie wybudzał. Jednak było bardzo przyjemnie. Mimo nocy ptaki wciąż śpiewały, żaby rechotały i dawały o sobie znać inne żyjątka to gdzieś z tyłu głowy wciąż tlił się niepokój. Pewnie gdybym nie był sam zupełnie inaczej by to wyglądało. Nad ranem przysnąłem troszkę mocniej ale mój sen długo nie potrwał. Zbudził mnie dźwięk deszczu kapiącego na namiot. Z jednej strony powinienem wstawać przemyć ręce, założyć soczewki i składać namiot puki jeszcze nie zamókł całkiem. Z drugiej strony i tak jest cały zawilgotniały więc ten deszczyk dużo nie zmieni. Wciąż tli się nadzieja, że może jednak za chwilę wyjdzie słońce i wszystko się ułoży. Jeszcze spróbuję chwilkę pospać. Zmęczenie daje się we znaki ale nie demotywuje. Euforia związana z podróżą sprawia, że ani deszcz ani brak słońca nie są mi straszne – jeszcze 😛
Koło godziny 7 deszcz wciąż się wzmagał. (1*)Trzeba składać namiot i ruszać przed siebie dalej. Na zdjęciu wyżej możecie zaobserwować mistrzowskie efekty rozkładania namiotu po ciemku 🙂 haha. Mimo tego, ze nie wyszło to tak jak powinno namiot nie przemókł. Jego konstrukcja dodatkowo pozwalała swobodnie usiąść w środku  nie dotykając ścianek namiotu. Był bardzo komfortowy. Jako jedyny minus mogę podać fakt, że nie posiada jako-takiego przedsionka. W momencie gdy pada deszcz i chciałem wydostać się z namiotu krople deszczu wpadają do namiotu. Poza tym wszystko suuuuper!
Spakowałem wszystkie rzeczy do plecaka, wyciągnąłem z sakwy podsiodłowej  kurtkę przeciwdeszczową, na tyłek założyłem nieprzemakalne spodnie z podklejonymi szwami. Mimo deszczu było bardzo komfortowo. Namiot złapałem w rękę, nie chciałem go wiązać do plecaka na miejscu. Wszystko było mokre. Bałem się, że plecak przemoknie. Posiadam pokrowiec wodoodporny na plecak jednak gdy go zakładam nie mogę przywiązać namiotu pod spód plecaka. Tak więc w ręku wiozłem namiot w drugiej ręce siatkę ze śmieciami, na plecach plecak i przed siebie.
(2*)Szukam jakiegoś miejsca by schronić się przed deszczem i wszystko poukładać na spokojnie w suchym miejscu. Jak na złość nic nie mogę znaleźć. Dopiero po kilku kilometrach zatrzymałem się pod przystankiem autobusowym.  Mimo przeciwności losu jechałem z uśmiechem. Wtedy myślałem sobie, że jest to przygoda, kiedyś będę się z tego śmiał 🙂 Zmęczenie nie dawało się we znaki tak więc i poziom euforii był na wysokim poziomie.
Deszcz czasem zamieniał się w mżawkę i za chwilę znowu zaczynało mocno padać. Wciąż padało. Jedyne co mi przeszkadzało to buty, które całkowicie przemokły po pewnym czasie. Poza tym wszystko ok.
(3*)Zwierzęta wydawały się nie przejmować pogodą 🙂

(4*)Mój pierwszy MOR napotkany na trasie 🙂 a tam śniadanko i kawka 🙂 Wprawdzie wody nie miałem ze sobą ale sąsiad z podwórka obok poratował menażką wody 🙂
Postanowiłem wypróbować wodoodporność plecaka bez założonego pokrowca. Szkoda tylko, że nie pomyślałem, żeby ciuchy w nim pochować w siatki 😛

(5*)

(6*) Powoli zaczynam zauważać w krajobrazie, że wyjechałem z mazowieckiego i wjechałem w świętokrzyskie 🙂 Deszcz pada ale plenery zachwycają! Pierwsze widoki na bardziej zróżnicowany teren 🙂

(7*)Kaczuchom nie przeszkadzało w żaden sposób moje towarzystwo. gdy przejeżdżałem obok nawet się nie ruszyły 🙂

(8*)Niestety na zdjęciu tego nie widać ale widoczek robił wrażenie 🙂 W mazowieckim raczej jest dość płasko tak więc każdy podjazd który zwieńczony był podobnym widokiem dawał dużo radości. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że prawdziwie szybkie zjazdy i wymagające podjazdy są przede mną 🙂

(9*)W tych okolicach-jak widać-nawet koty lubią deszcz 🙂
PS. bardzo sielankowy odcinek trasy. Piękne widoki i niesamowity klimat – przyjemnie się jechało mimo deszczu 🙂

(10*) Niesamowity klimat! Ten kościół wyglądał niesamowicie! Prawdę mówiąc nie chciałbym się tam znaleźć sam w nocy.
Po drugiej stronie ulicy stał nowy kościół z olbrzymią dzwonnicą ale nie robił takiego wrażenia jak ten na zdjęciu 🙂

(10*) Gdy zobaczyłem ten podjazd byłem przerażony. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że w porównaniu do tego jakie podjazdy na mnie czekały to było ziewanie 😀

(11*) Gdy natura wygrywa z cywilizacją 🙂

(12*) Wiedziałem, że nazwa miejscowości Podzamcze musi coś skrywać 🙂  Całkiem przypadkiem natrafiłem na niesamowity budynek do którego bez problemu można wejść. Dość mocno zdominowany jest przez naturę ale to tylko dodaje mu uroku. Jak się potem okazało był to Pałac Tarłów w Podzamczu Piekoszowskim. Rezydencja w stylu barokowym z połowy XVII wieku.

(13*) Rzymskokatolicka Parafia pw. Przemienienia Pańskiego

(14*) Wjechałem do Kielc 🙂

(15*) Kadzielnia w Kielcach. Przepiękne miejsce w centrum miasta.

Wspaniałe widoki! A dodatkowo przestało na chwilę padać 😀 mogłem na spokojnie pozwiedzać 🙂

W Kielcach długo nie zabawiłem ale przyznać muszę, że miasto wydało mi się baaaaardzo przyjazne rowerzystom. Duża sieć ścieżek rowerowych – do tego niektóre szersze od chodników 🙂 miasto otoczone oraz wypełnione dużą ilością zieleni. Wiele miejsc w których można pobiegać lub pojeździć rowerem! Na pewno tu jeszcze wrócę!!! 🙂

(16*) Leśni przyjaciele 😀 hahaha

(17*) Młyn? a może elektrownia wodna 🙂

(17*) Pod koniec dnia dość mocno się wypogodziło 🙂 czas na szybką “kąpiel”. Komary zadbały by była to naprawdę szybka akcja 😛

(18*) Na pierwszym planie przepiękne pole makowe. W tle miejscowy szarżuje ciągnikiem po polu 😛

(19*) No i dotarłem na miejsce – Zalew w Borkowie. Teraz tylko zlokalizować muszę sklep by uzupełnić zapasy, oraz zaplanować coś na kolację. Następnie poszukiwania odpowiedniego miejsca do spania i możemy rozkładać namiot. Im wcześniej tym lepiej. W końcu namiot pamięta jeszcze dość dobrze dzisiejsze deszcze. Dobrze gdyby miał chwilę czasu na przeschnięcie. Oczywiście jeśli chodzi o kwestię znalezienia miejsca do spania najlepiej orientują się miejscowi. W sklepie sporo osób oglądało mecz (trwały mistrzostwa świata). wszyscy zgodnie wskazali mi miejsce gdzie mogę bez problemu rozłożyć namiot.

(20*)Tam też się udałem. Znalazłem pewne miejsce gdzie za mną rosły gęste krzaki przez które człowiek nie dał by rady przejść, obok palenisko a przede mną woda.

(20*) Chwasty trawa i krzaki były niedawno wycięte (jak się potem okazało ze względu na odbywające się niedawno zawody wędkarskie). Przed zachodem słońca rozstawiłem namiot, schowałem za nim rower, który następnie przykryłem pokrzywami oraz gałęziami tak by nie był widoczny dla mogących się pojawić w pobliżu osób.  Grubsze gałęzie, które zostały z wycinki były rzucone na kupę pod krzaki które rozpościerały się za moimi plecami. Dzięki temu miałem suche drewno na rozpalenie ogniska. Nazbierałem oraz połamałem na mniejsze części gałęzie na ognisko. Wprawdzie na kolację zaplanowałem makaron z mięsem oraz sosem pomidorowym. Ale ognisko przyda mi się by odstraszać komary oraz dzikie zwierzęta kręcące się w pobliżu. Dodatkowo ognisko sprawiało, że czułem się spokojniej 🙂

(20*) Tak elegancko się urządziłem 🙂 Ognisko płonie a kolacja się gotuje 🙂

(20*) A tutaj widać co zrobiłem z rowerem 🙂 albo i nie widać 🙂

(20*) Ciężki początek dnia został mi wynagrodzony niesamowitym końcem dnia. Załapałem się na piękny zachód słońca.

(20*) Jeszcze na wieczór miałem gości 😛

Słońce zaszło a ja siedziałem z piwkami przy ognisku 🙂 ugotowałem makaron, do niego zmajstrowałem sosik pomidorowy z kiełbasą oraz czosnkiem. Naprawdę elegancko się najadłem na noc. W oddali było słychać odgłosy ludzi którzy pili na molo.
Wysączyłem na spokojnie dwa piwka, do ogniska dorzuciłem resztę drewna jakie miałem i wskoczyłem do namiotu spać. To był naprawdę przyjemny wieczór.

cdn…

Docieramy na Green Velo!

Docieramy na Green Velo!

Radom – Końskie – Sielpia Mała

(1*)

(2*)

(3*)

(4*)

(5*)

(6*)

(7*)

(8*)

(9*)

(10*)

(11*)

(12*)

(13*)

(14*)

(15*)

(16*)

(17*)

(18*)

(20*)

Hej!

Jeśli nie macie czasu/ochoty na wczytywanie się w to całe wprowadzenie – co, po co, dlaczego – a jedynie ciekawi jesteście trasy to śmiało przewijajcie w dół i zacznijcie od zdjęć i opisów pod nimi 🙂 Dodatkowo chciałbym zaznaczyć, że nie znajdziecie tutaj za dużo architektury, zabytków itp. W większym stopniu skupiałem się na walorach przyrodniczych, na pięknie wsi oraz terenów z którymi graniczy lub współżyje. Oczywiście całkowicie nie porzuciłem walorów architektonicznych. Była to świadoma decyzja. Po pierwsze wyruszyłem w tą podróż przede wszystkim dlatego by uciec od miasta. Po drugie zdjęć miejscowości przez które prowadzi szlak znajdziecie pełno w sieci, na informatorach a nawet na mapach  🙂 

Dzisiaj ruszam z pewną eksperymentalną serią wpisów, które powinny pojawiać się dość regularnie (mam nadzieję, że uda mi się co tydzień wrzucać kolejny wpis). Co tu będę obwijał w bawełnę, przeżyłem ostatnio niesamowitą przygodę. Zaczęło się dość niewinnie ale z dużą werwą. A o co konkretnie chodzi? Ano zebrałem się w sobie by spełnić jedno ze swoich marzeń i ruszyłem rowerowym szlakiem Green Velo po Polsce 🙂  Będę starał się przedstawić wam całą trasę krok po kroku 🙂


Mój kierunek to: Końskie – Elbląg.

Decyzja by podążać w tą stronę przyszła sama z siebie dość wcześnie. Tereny Warmii oraz Mazur były dla mnie całkowicie obce. Bardzo chciałem je zwiedzić ponieważ nigdy w życiu nie wywiało mnie w tamte zakątki polski. Dlatego też pomyślałem, że gdy zacznę od części południowej, będę miał dużo większą motywację by dotrzeć do samego końca szlaku. Drugim powodem, który skłonił mnie do ruszenia w takim a nie innym kierunku, był fakt, że nie wiedziałem do końca jak kondycyjnie oraz fizycznie poradzę sobie z górzystym ukształtowaniem terenu charakterystycznym dla południowej części Polski. Od samego początku zapadła decyzja, że nie ścinam szlaku, tylko jadę przez Rzeszów i Przemyśl. Od początku też nie zakładałem, że na pewno uda mi się pokonać cały szlak za jednym razem – nie wiedziałem, czy poradzę sobie kondycyjnie z takim dystansem). Jak to zazwyczaj bywa wolałem na początek podjąć cięższe fragmenty szlaku a te lżejsze zostawić na potem (okazało się, że wcale nie do końca to tak wygląda 😛 ale o tym jeszcze będzie okazja się rozpisać).

Od początku.
Około stycznia 2018r wpadłem na pomysł by ruszyć w dłuższą podróż rowerem, z plecakiem, kuchenką turystyczną, namiotem. Mając na względzie fakt, że o wschodnim szlaku rowerowym wiedziałem już wcześniej, pomyślałem, że będzie to idealny pomysł na przemierzanie ojczyzny. Tak więc zarys trasy znam. W późniejszym czasie zacząłem walkę z wyznaczaniem trasy na mapach. Przy tak długiej wyprawie odradzam tak skrupulatnego podejścia – za dużo zmiennych by przewidzieć co będzie za 2 dni a co dopiero za 2 tygodnie. Nawierzchnia, ukształtowanie terenu, pogoda, nieprzewidziane sytuacje – to wszystko wpływa na czas w którym będziemy w stanie pokonać dany odcinek). Pierwszego oraz drugiego dnia skorzystałem z wyznaczonego wcześniej śladu nałożonego na mapę z nawigacją. Całkowicie mija się to z celem. Więcej gapiłem się w telefon sprawdzając czy na pewno dobrze jadę niż skupić się na pięknie otaczającej mnie przyrody.
Czas rozpisać co będzie mi potrzebne na taki wyjazd i zacząć kompletować potrzebny osprzęt. Z miesiąca na miesiąc zbierałem kolejne potrzebne rzeczy (myślę, że w niedalekiej przyszłości dokładniej opiszę co zabrałem ze sobą na planowany na około miesiąc wyjazd rowerowy – jeśli będzie to kogoś interesowało oczywiście).

11.06.2018 – Nadszedł upragniony i długo wyczekiwany moment wyjazdu! 🙂 Miałem nadzieję, że załatwię wszystkie potrzebne rzeczy wcześniej i z rana w poniedziałek wyruszę. Niestety plany pozmieniały się znacząco gdy okazało się, że zapomniałem kupić kilka pierdół, które będą mi potrzebne na wyjazd – niedziela niehandlowa pokrzyżowała dość mocno moje plany. Do tego przyznam, że czekałem na przesyłkę. Chodziło o torbę podsiodłową, która była szyta na zamówienie i wciąż szła pocztą. Dodatkowo musiałem odebrać rower z serwisu gdzie (dla spokoju ducha przed tak długą wyprawą) poprosiłem o przegląd 😛
Na koniec jeszcze szybko wyskoczyłem do sporej sieciówki po nową kamerę sportową mając na względzie jakość dokumentacji video z podróży 🙂
No i tak ziarnko do ziarnka i uzbierało się dość sporo spraw do załatwienia na dzień wyjazdu.

Ale najpierw muszę dotrzeć z Radomia na szlak Green Velo. Oczywiście najlepiej będzie zrobić to rowerem 😉 Jak się okazało, początek znajduje się całkiem niedaleko. Nie ma co wydawać kasy na bilety 😛
Przepakowałem niektóre rzeczy do torby podsiodłowej, pożegnałem się ze znajomymi, plecak na plecy i ruszyłem w trasę! NARESZCIE! Piękna pogoda – niezbyt gorąco, ale też i nie za zimno!
Spojrzałem na zegarek – dochodzi 16:00. Dość późno jak na start w drogę, którą zaplanowałem tego dnia na około 90km.
Myślę sobie: – i tak mam w końcu urlop. W każdej chwili mogę skręcić gdzie chcę, zatrzymać się w dowolnym miejscu. Mogę zrobić na co tylko mam ochotę. Odpaliłem na telefonie Mapę z naniesioną trasą, którą wcześniej przygotowałem! JAZDA!

(1*) Start z pełną werwą! Tego dnia trafiło mi się i słońce i deszcz i ciepło i zimno. Wydawało mi się, że doświadczyłem pełnego spektrum pogodowego na ten wyjazd. …wydawało mi się… 😛

(2*)Chwilowy przystanek pod drzewkiem by schować się przed przelotnym deszczykiem – teraz już wiem, że taki deszczyk to sama przyjemność. Prawdziwe deszcze dopiero nadejdą 😛

(3*)Jazda na rowerze pozwała uciec od miejskiego zgiełku. Już kilka kilometrów za miastem można natrafić na przepiękne wiejskie widoczki, które relaksują błękitem nieba oraz soczystą zielenią traw.

(4*)Wszechobecny spokój pozwala niezwykle się odprężyć. Przebijające się przez zielone korony drzew słupy światła nadają trawom dużo ciepła.

(5*)Mijając gęste zielenie trafiamy do miejsc gdzie warto chwilę się zatrzymać i odpocząć 🙂

(6*)W takie dni jak ten, gdy w każdej chwili może spaść deszcz warto ruszyć na wyprawę. Nawet jeśli troszkę popada to chmury, które piętrzą się chwilę przed/po tym zjawisku pozwalają na pstryknięcie kilku ciekawych zdjęć 🙂

(7*)Kolejny przepiękny widoczek charakterystyczny dla polskiej wsi. Jest kilka takich rzeczy, które kojarzą mi się z wolnością.  – nie wiem czemu ale to jest jedna z tych rzeczy 😛

(8*)Wydaje mi się, że jest to dość rzadko spotykany widok w tych rejonach.

(9*)Bardzo ciekawy budynek, niesamowity klimat. Może ktoś wie co to za cudeńko? 🙂 na żywo wygląda dużo ciekawiej 🙂

(10*)Takie miejsca zawsze działały na mnie kojąco.

(11*)Myślałem, że taka nawierzchnia nie nadaje się do jazdy. Nic bardziej mylnego. Są dużo dłuższe, dużo gorsze odcinki. A jak dodatkowo zacznie padać, wiać w oczy i trafi się pod górkę… tutaj jechało się naprawdę super 😉

(12*)Gdzieś na wsi przy (dawno) nie działającym sklepie.

(13*)Często zatrzymywałem się przy podobnych do tego miejscach pamięci. Zazwyczaj z ciekawości. Można naprawdę sporo się dowiedzieć o fragmentach historii danej miejscowości.

(14*)Chwila odpoczynku i oddechu dla mnie i moich pleców. Pierwszego dnia podróży byłem mocno wypoczęty, tak więc załadowany po brzegi plecak z podpiętym namiotem i kuchenką turystyczną w środku wcale mi nie przeszkadzał.

(15*)Zebrałem się z TurboChillowej miejscówki nad wodą i prześledziłem mapę, gdzie powinienem ruszyć dalej. Wjechałem między domki na dziwaczne skrzyżowanie dróg gdzie ruch samochodowy był zerowy. Szukam miejsca gdzie powinienem skręcić, ale za każdym razem mijam to miejsce. No nikomu na podwórko przecież nie mogę wjechać. Przejeżdżając czwary raz dopiero zorientowałem się, że między posesjami jest wąski pas nie ogrodzonej zieleni a na rogu stoi taki ^ drogowskaz. Ledwo co udało mi się dostrzec to miejsce. Na szczęście “Piekielny szlak” okazał się naprawdę niesamowity. Chyba najlepszy fragment trasy z tego dnia. Pełno zieleni, super przyjemna ścieżka zarośnięta trawą. Naprawdę niesamowite przeżycie – integracja z naturą 🙂 polecam każdemu! wydawać by się mogło, że niewiele osób uczęszcza tym szlakiem ponieważ był ładnie zazieleniony ale nie na tyle by pojawiły się problemy z przejazdem. Bardzo dobrze wspominam ten szlak mimo, że za długo nim nie jechałem.

(16*) Docieramy do Piły.
“Piła tango, czarna bandera”

(17*)Dzień zmierza ku końcowi. Nareszcie się udało! Dotarłem do Końskich!!! Tutaj zrobiłem delikatne zakupy i ruszyłem na poszukiwanie szlaku GV. Wiedziałem, że szlak jest już pod samym nosem a ze szlakiem zaczną się przygody 😀 Te mniejsze i większe składające się w jedną ogromną całość!

(18*) JEST I ON! Jeden z pierwszych znaków informujących o tym, że znajduję się na szlaku! idealny widok na zwieńczenie dnia 😀 Z nastaniem mroku wtargnąłem na szlak! Euforia mocno dała się we znaki. Teraz mógłbym jechać i jechać przed siebie. Lecz mrok nie pozwala dostrzec piękna kryjącego się dookoła. Trzeba chwilę się przespać i z rana ruszyć dalej. Chciałbym dotrzeć do zalewu w Sielpii by tam rozłożyć namiot nad wodą oraz zmajstrować jakąś kolację. Widziałem, że znajduje się tam jakieś pole namiotowe. Jeśli jest to obiekt otwarty całą dobę to rozkładam się w wyznaczonym miejscu. Kolacja i do świtu chwila na odpoczynek.

Po ciemku mój telefon już raczej nie radzi sobie ze zdjęciami. mgła wchodzi na łąki a fragmentami wylewa się z traw na ścieżkę rowerową. Już pierwszego dnia miałem przyjemność wypróbowania możliwości mojego oświetlenia rowerowego 🙂

(20*)Dotarłem na miejsce! Od jakiegoś czasu jest już całkiem ciemno. GPS prowadzi mnie w jakiś las wskazując tam pole namiotowe. Niestety nie widzę, żadnych budynków, ogrodzeń, światła. Możliwe, że to pole namiotowe nie istnieje? Za późno już, żeby się szlajać dookoła zalewu i szukać alternatywnego noclegu. Znalazłem odosobnione miejsce z dostępem do wody 🙂 Wiedziałem, że muszę unikać rozkładania namiotu po ciemku no ale teraz to już mogę ewentualnie sobie posmęcić pod nosem. Wziąłem się za rozkładanie namiotu. Na szczęście mam czołówkę 🙂 ustawiłem światło na delikatne czerwone by widzieć co robię ale nie zwracać na siebie zbytnio uwagi. W oddali na skraju lasu widzę co jakiś czas, że kręcą się ludzie z latarkami. Pewnie wędkarze – pomyślałem. namiot udało mi się poprawie rozłożyć dopiero za trzecim razem (wcześniej tylko raz go rozłożyłem u mamy na podwórku by sprawdzić czy są wszystkie części. Usytuowałem go obok wysokich traw przy brzegu zalewu natomiast w trawy za namiotem wrzuciłem rower który przywiązałem linką do namiotu tak by jego fragment  schowany był pod namiotem. Następnie przełożyłem U-lock’a przez koło i zamknąłem. rower delikatnie obrzuciłem trawami chwastami i inną zieleniną. Komary mocno dawały się we znaki. szybko spryskałem się preparatem odstraszającym owady. Ponieważ sporo robactwa lata przy wodzie i zbiera się dość szybko wilgoć wyjąłem niezbędne rzeczy do przygotowania kolacji i zamknąłem namiot. Usiadłem na jednym z pokrowców od przenośnego noclegu i zacząłem pichcić (już nie pamiętam co) na kuchence turystycznej. Z włączonym delikatnym czerwonym światłem na czole  mieszam w garnku spoglądając na telefon i sprawdzając co tam w świecie piszczy. Ten telefon w tym momencie zastępował mi kogoś znajomego, kogoś z kim można by porozmawiać. W pewnym momencie unosząc głowę znad telefonu mignęło mi jakieś światełko około metra za kuchenką. Pierwsze co mi przyszło do głowy to, że jakiś pet/niedopałek przeleciał nieopodal. W tym momencie się mocno przestraszyłem bo nie słyszałem nikogo w pobliżu. Rozkładałem się w takim miejscu gdzie w obrębie do 300m nikogo na pewno nie było. rozglądam się i nic nie widzę. Wstałem. Odruchem sprawdziłem czy w kieszeni nadal mam gaz pieprzowy. Włączyłem mocniejsze światło i wszystko się wyjaśniło. Lis poczuł jedzenie i podszedł od strony lasu. To jego oczy tak świeciły w ciemności. Poza oczami nie było nic więcej widać. Nie dało się również usłyszeć skradającego zwierzęcia mimo, że jedyny dźwięk jaki się rozchodził dookoła dobiegał od owadów oraz ptaków zamieszkujących tereny przy wodzie. Potem jeszcze dwa razy podszedł na dość niewielką odległość. Złapałem gaz pieprzowy na wszelki wypadek. Na szczęście udało mi się bez problemu zjeść i umyć naczynia. Ułożyłem się w namiocie i usnąłem – a właściwie czuwałem w półśnie z obawy o rower.

Za sobą mam około 90km. To był dobry dzień 🙂


(znaczniki na mapie określają miejsca w których zostało wykonane dane zdjęcie. Nie należy jednak brać kordów dosłownie i jako pewnik. Ze względu na niedoskonałość mojej nawigacji, która dość często się gubi proszę założyć kilka, kilkanaście, rzadziej kilkadziesiąt metrów rozbieżności)

cdn.